Przyszli o czwartej nad ranem. Trzech NKWD-zistów w długich płaszczach, z karabinami. Zapukali tak, że tynk posypał się z futryny. Ojciec otworzył drzwi w koszuli nocnej i od razu wiedział. Wszyscy wiedzieliśmy. Od tygodni mówiono, że wywożą.
Dali nam dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut na spakowanie życia. Matka wzięła kołdrę, chleb, cukier, zegarek ojca. Ja wziąłem książkę — Sienkiewicza, „Potop" — bo to było pierwsze, co wpadło mi w ręce, i ten zeszyt. Halina wrzuciła do tobołka zdjęcie ze ślubu.
Na stacji towarowej stały bydlęce wagony. Setki ludzi — kobiety, dzieci, starcy — pchani do środka jak drewno na opał. Drzwi zamknięto na rygiel. Pociąg ruszył na wschód.
Mam dwadzieścia cztery lata. Jestem nauczycielem matematyki w gimnazjum we Lwowie. Byłem nauczycielem. Teraz jestem numerem na liście deportacyjnej, bydłem w wagonie, który jedzie do Rosji.
Halina siedzi obok mnie. Ma dwadzieścia dwa lata i jest w trzecim miesiącu ciąży. Tego jeszcze Sowieci nie wiedzą. My sami dowiedzieliśmy się tydzień temu. Miało być szczęście. Miało być nowe życie. Teraz jest wagon bydlęcy i mróz, i Rosja.
Przez szparę w ścianie widzę, jak Lwów znika za nami. Kopuły kościołów, ratusz, dym z kominów. Moje miasto. Nasze miasto.
Nie wiem, czy je jeszcze kiedyś zobaczę. Ale zapisuję, bo jeśli nie zapiszę, to jakby tego nie było. A to było. My byliśmy. Lwów był.