Siedzę w chacie gdzieś w Galicji i słucham, jak przez ścianę Austriacy kłócą się, czy Kaiser jeszcze jest Kaiserem. Od tygodnia nikt nie wydaje sensownych rozkazów. Mój oficer, porucznik König, rano kazał czyścić karabiny, a po południu sam siedział w kącie i wpatrywał się w ścianę. Coś w nim pękło — widać to po oczach.
Podobno Berlin się pali, Wiedeń się sypie, a front zachodni puścił jak stara tama. Chłopaki z drugiego plutonu mówią, że to koniec — że wojna się skończy lada dzień i pójdziemy do domów. Ja w takie obietnice nie wierzę, dopóki nie zobaczę na własne oczy podpisu na papierze. Nauczyłem się przez cztery lata, że w armii plotka biega szybciej niż kula, ale trafia celnie rzadziej. Czekamy więc. Czekamy, palimy papierosy, których coraz mniej, i patrzymy na niebo, które jest obojętne na nasze losy.